Dokąd płyniemy? Refleksje nad przyszłością naszego wędkarstwa

Nie było mnie w wędkarskiej przestrzeni publicznej kilka lat, a jeśli już się w niej pojawiałem, robiłem to w sposób dyskretny. Przez ten czas nie przestałem łowić – wręcz przeciwnie, nad wodą bywałem regularnie, ciesząc się naturą, czasami dobrym towarzystwem i łowiąc piękne ryby. Robiłem to jednak w ciszy, z dala od błysków fleszy, kamer i pogoni za cyfrowym poklaskiem. Ostatnio zacząłem jednak baczniej przyglądać się temu, co dzieje się z naszą pasją. I muszę to w końcu powiedzieć głośno – wróciłem do świata, którego momentami już nie rozpoznaję.

Jako człowiek, który w wędkarstwie sportowym zdobył praktycznie wszystko – od tytułów Mistrza Polski po Mistrzostwo Europy – czuję obowiązek, by zadać pytanie, które dręczy dziś tysiące „dojrzałych” wędkarzy w naszym kraju: dokąd to wszystko zmierza? W którą stronę podąża współczesne wędkarstwo?

Ekran zamiast wody, algorytm zamiast instynktu

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z rybami, a później przez wiele lat budowałem swoją pozycję, wędkarstwo było rzemiosłem. Było sztuką. Sukces nad wodą zależał od tego, jak dobrze potrafiłeś „przeczytać” rzekę, jezioro lub morze. Godzinami obserwowaliśmy zachowanie ptaków, kierunek i moc wiatru czy fazy księżyca. Szukaliśmy zależności biologicznych. Sukces był nagrodą za myślenie, za setki godzin spędzonych na wyciąganiu wniosków z porażek, a było ich naprawdę wiele.

Dziś, patrząc na nowoczesne łodzie, mam wrażenie, że wędkarstwo zaczyna przypominać zaawansowaną grę komputerową. Żyjemy w czasach rewolucji technologicznej, gdzie systemy typu LiveScope czy kosmicznie drogie echosondy zrewolucjonizowały definicję sukcesu.

Zadajmy sobie jednak szczere pytanie: czy namierzanie ryby na ekranie z dokładnością do centymetra i podawanie jej przynęty pod sam nos to wciąż wędkarstwo? Czy to jeszcze pasja, czy już tylko polowanie z użyciem niemal kosmicznej technologii?

Zmierzch sportowej rywalizacji. Dylemat organizatora

Ten technologiczny wyścig zbrojeń uderzył w jeszcze jeden fundament naszej pasji – w sportową rywalizację. Przez lata byłem organizatorem Trophy Szczecinek – imprezy, która stała się synonimem jednych z najbardziej prestiżowych zawodów spinningowych w Polsce. Robiłem to w czasie, kiedy w naszym kraju nie było jeszcze tak wielu turniejów jak obecnie. Zawsze zależało mi na tym, aby wygrywali najlepsi: ci z największą wiedzą, doświadczeniem, intuicją i stalowymi nerwami. Rywalizacja miała być czysta, a szanse – równe.

Dzisiaj myślę o organizacji podobnego wydarzenia na Pojezierzu Drawskim, być może na samym jeziorze Drawsko. Niestety, stoję przed ogromnym dylematem i jako doświadczony organizator zadaję sobie pytanie: jak w obecnych czasach przygotować i przeprowadzić obiektywne zawody? Jak wyrównać szanse na starcie?

Z jednej strony mamy wędkarzy z ogromnymi umiejętnościami, którzy wodę znają i czytają jak własną kieszeń. Z drugiej stają załogi wyposażone w elektronikę wartą tyle, co dobry samochód. Czy to wciąż jest sport, w którym decyduje kunszt wędkarza? Czy może rywalizacja stała się już tylko targami technologicznymi, gdzie o tytule „mistrza” decyduje zasobność portfela i moc obliczeniowa procesora w echosondzie? Jeśli nie znajdziemy sposobu na oddzielenie czystych umiejętności od cyfrowej przewagi, sportowy duch spinningu po prostu umrze.

Bezradność systemu i kryzys etyki

Rozmawiając o przyszłości i sprawiedliwości, nie możemy zamykać oczu na inny, niemniej bolesny problem, który niszczy nasze wody od środka. Mam na myśli bezkarność kłusowników oraz zatrważający brak etyki i poszanowania prawa u części samych wędkarzy.

Od lat obserwuję z bliska, jak wielkim wysiłkiem, zaangażowaniem i kosztem odnawia się ekosystemy naszych jezior. Tymczasem wciąż tkwimy w realiach, w których sankcje za kłusownictwo czy drastyczne łamanie regulaminów są śmiesznie niskie i archaiczne. Mandaty nie mają dziś żadnej siły odstraszającej – dla ludzi pozbawionych skrupułów są jedynie drobnym kosztem wliczonym w proceder.

Co jednak smuci najbardziej: zaawansowana technologia, w rękach osób goniących za chorą rywalizacją i pełną zamrażarką, stała się narzędziem do bezwzględnego czyszczenia wody z ryb ponad wszelkie limity. Obowiązujące przepisy i wymiary ochronne dla wielu stały się jedynie martwym zapisem na papierze, którego nikt skutecznie nie egzekwuje. Jeśli nie wprowadzimy surowych, nieuchronnych kar i nie zaczniemy głośno piętnować wędkarzy, którzy za nic mają obowiązujące przepisy, to niedługo nawet najdroższa echosonda na świecie będzie pokazywać nam tylko wodną pustynię. Nasze wody potrzebują dziś twardego prawa i bezwzględnej ochrony, a nie przymykania oczu na patologię.

Co tracimy bezpowrotnie?

Wielu młodych influencerów i ludzi powiązanych z lobbym sprzętowym powie mi pewnie: „Mariusz, świat idzie do przodu, technologii nie zatrzymasz”. Mają rację. Postępu nie zatrzymam i nie mam zamiaru z nim walczyć. Nie chodzi o to, by całkowicie odrzucić nowoczesność. Chodzi o to, by technologia nie zabiła w nas tego, co w wędkarstwie najpiękniejsze.

Razem z pokoleniem „dojrzałych” wędkarzy czuję, że tracimy coś bezpowrotnego:

  • Magię tajemnicy – kiedyś rzut w nieznane niósł ze sobą dreszcz emocji. Nie wiedziałeś, co czai się w łowisku. Dziś, dopóki ekran nie pokaże ryby, wielu z nas nawet nie rozłoży wędki. Obserwowałem to podczas wielu zawodów.
  • Szacunek do ryb i ekosystemu – kiedy technologia daje człowiekowi absolutną przewagę, ryba przestaje być godnym przeciwnikiem, a staje się jedynie punktem na ekranie, który trzeba „zaliczyć” dla fajnych fotek i lajków w social mediach. Zapominamy o biologii, o tym, jak kruche są ekosystemy wodne – jak choćby te na pojezierzach Pomorza Zachodniego.
  • Kunszt i intuicję – elektronika staje się protezą. Co zrobi współczesny „łowca elektroniczny”, gdy w jego urządzeniu rozładuje się akumulator? Zostanie nad wodą całkowicie bezradny, bo oduczył się patrzeć na naturę i czytać z niej jak z otwartej księgi.

Głos dojrzałego pokolenia

Wędkarstwo w dojrzałym wieku to nie jest ucieczka po mięso, choć wielu – szczególnie młodych – tak właśnie uważa. Dla nas każda wyprawa wędkarska to celebracja czasu nad wodą. To spokój, cisza, obcowanie z przyrodą i satysfakcja z faktu, że przechytrzyło się rybę dzięki własnej wiedzy i doświadczeniu, czasami przy wsparciu tradycyjnej echosondy.

Czuję, że muszę napisać kilka słów w imieniu tych z nas, którzy czują się przytłoczeni dzisiejszym rynkiem. Trudno uciec od haseł, że bez najnowszej technologii, często za grube tysiące złotych, zostajemy w tyle i nie jesteśmy „prawdziwymi” wędkarzami.

Nic bardziej mylnego!

Regularne i skuteczne łowienie bez wszechobecnej, zaawansowanej elektroniki wciąż ma się świetnie, a wypracowana w ten sposób ryba cieszy podwójnie. Natura rządzi się tymi samymi prawami co dawniej. Żaden komputer nie zastąpi intuicji, myślenia nad wodą i serca, które wkładamy w tę pasję.

Zostawiam Was z tym pytaniem na koniec: czego tak naprawdę szukacie nad wodą? Ekranu, lajków i technokratycznego sukcesu, czy spokoju, natury, obiektywnej rywalizacji i czystego, tradycyjnego rzemiosła?

Do zobaczenia nad wodą – tą widzianą własnymi oczami, a nie przez pryzmat monitora.

Mariusz Getka

Categories: Aktualności
X